dr Artur Górski

Poseł na Sejm RP

Refleksje z placu boju

Nigdy jeszcze nie udało się zebrać podpisów 10 proc. wyborców warszawskich i przeprowadzić w stolicy lokalnego referendum. Jednak obecnie wszystko wskazuje na to – a piszę te słowa w  ostatnim tygodniu „morderczej” akcji zbierania podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum warszawskiego w sprawie podwyżek i sprzedaży SPEC – że wymagane 133 tys. podpisów zbierzemy i będą podstawy formalno-prawne do przeprowadzenia pierwszego w Warszawie referendum lokalnego. Oczywiście prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz może próbować różnych sztuczek i powoływać się na „obiektywne” opinie prawne, ale jeśli będzie odmawiała przeprowadzenia referendum, wymusimy je na drodze sądowej. Jednak dziś, gdy akcja zbierania podpisów zmierza do końca, mogę z Czytelnikami podzielić się kilkoma refleksjami „z placu boju”.

Podczas zbierania podpisów nie epatujemy emblematami Prawa i Sprawiedliwości, ale logo partii na plakatach i ulotkach zdradza, kto stoi za tą inicjatywą obywatelską. Zresztą często padają pytania, kim są osoby zbierające podpisy (i ile za to dostają pieniędzy), a ujawnienie tożsamości politycznej tych osób budzi skrajne emocje i zachowania wśród wielu mieszkańców. Generalnie akcja zbierania podpisów potwierdza, że społeczeństwo warszawskie, pewnie jak w całej Polsce, zasadniczo dzieli się na trzy kategorie osób: gorących zwolenników PiS, zapiekłych przeciwników tej partii i największą grupę – osób obojętnych i apatycznych.

Pierwsza grupa to przeważnie ludzie pogodni, którzy, gdy dowiadują się, że podpisy zbierają działacze PiS, złożenie podpisu przez siebie i najbliższych traktują jako obowiązek patriotyczny. Dziękują nam za tę inicjatywę, że trwamy na posterunku i zabiegamy o ich interesy. Gdy jedni sympatycy PiS składają podpis z powątpiewaniem, że akcja się powiedzie, „bo i tak zrobią z nami co chcą”, inni robią to w bojowym nastroju, że trzeba zabiegać o swoje, że nie wolno się poddawać, tylko walczyć do końca, aż do zwycięstwa. „Niech nie myślą kłamcy z PO, że wszystko im wolno, że mogą bezkarnie nas okradać, manipulować ludźmi i robić im wodę z mózgów” – słuchać opinie. Niektórzy biorą puste listy, by zbierać podpisy w swoim otoczeniu. Ci, co nie mieli dowodów osobistych z wymaganym PESELEM, biegną do pobliskiego domu po dokument, mieszkający dalej często po kilku godzinach podają nr PESEL telefonicznie, byle tylko ich podpis się nie zmarnował. Nie ma wątpliwości, że akcja zbierania podpisów mobilizuje zwolenników PiS, którzy widzą, że partia ma w Warszawie aktywne struktury we wszystkich dzielnicach, ludzi pracowitych i zaangażowanych.

Natomiast przeciwnicy PiS szczękają zębami na widok naszych działaczy zachęcających ludzi do podpisów i osób, które z długopisami w rękach pochylają się nad formularzami. Jedni zwolennicy PO, gdy proponuje im się ulotkę, grzecznie acz stanowczo odmawiają, ale inni zachowują się agresywnie i prowokacyjnie. Manifestowane podarcie ulotki i obelżywe słowa, w tym wysyłanie do psychiatry, są standardem. Padają przekleństwa i groźby, w tym straszenie „Gazetą Wyborczą”… Obok przejawów nienawiści werbalnej (ostatnio jeden ze zwolenników PO kazał mi wynosić się z Polski), niekiedy dochodzi także do aktów wandalizmu. Ktoś podarł kartę z podpisami, ktoś inny połamał długopisy i złamał sztywną podkładkę pod formularz. Okazuje się, że dla zwolenników PO osoby organizujące akcję zbierania podpisów za referendum są „awanturnikami i moherami, wciskającymi ludziom ciemnotę”. Zwolennicy PO odbierają ludziom prawo do posiadania poglądów innych, niż prezentowane w „reżimowej” telewizji, a także do korzystania z przysługujących każdemu praw obywatelskich, w tym do krytyki władzy i organizowania referendum. Słyszałem też opinie zwolenników PO, że gotowi są płacić dwa razy wyższe podatki i wszelkie opłaty, byle tylko PiS nie wrócił do władzy.

Trzecią grupę stanowią osoby, które są przeciwko wszystkim i nikomu nie ufają, albo są całkowicie zobojętniałe na to, co dzieje się wokół nich. Jest im wszystko jedno, gdyż już zwątpili, że cokolwiek może od nich zależeć i cokolwiek można zmienić, albo wmówiono im, że podwyżki muszą być, bo są wszędzie, a jak ich nie będzie, to skończymy jak Grecy – bankructwem. Zapominają tylko, że czym innym są ceny wynikające z koniunktury lub dekoniunktury gospodarczej, a czym innym arbitralne decyzje władz stolicy, dotyczące wyłącznie jej mieszkańców. Ludzie, którzy są obojętni i apatyczni, twierdzą przeważnie, że nie obchodzą ich podwyżki czy sprzedaż SPEC, bo nie interesują się polityką. Nie wiedzą i nie chcą widzieć, co dzieje się wokół nich, jakby chcieli przez ignorancję uciec od problemów, które mogą i ich dotknąć. Zaś wśród wielu młodych osób można było zaobserwować typową dla tego wieku beztroskę i krótkowzroczność. Gdy jednej z młodych kobiet podałem informację, że bilety komunikacji miejskiej zdrożały o 70 proc., odparła, że jeździ samochodem, a gdy dodałem, że przecież paliwo też zdrożało, ze śmiechem sprecyzowała, że jeździ samochodem służbowym. Jakoś nie przyszło jej do głowy, że już wkrótce może zostać zwolniona z pracy i pozbawiona tego samochodu. A wtedy zobaczymy, czy w referendum nie wypowie się przeciwko warszawskim podwyżkom, klnąc Platformę Obywatelską. Ale wtedy będzie szczekała zębami z powodu lekkości swojej karty bankomatowej.

 

dr Artur Górski

Poseł na Sejm RP (PiS)