dr Artur Górski

Poseł na Sejm RP

Psychiatria w służbie polityki

Śródmiejski sąd rejonowy, który prowadzi sprawę karną, jaką Jarosławowi Kaczyńskiemu wytoczył Janusz Kaczmarek, chce zbadania zdrowia psychicznego prezesa PiS przez biegłych lekarzy. Sędzia wydając tą kontrowersyjną decyzję, wpisującą się w strategię rządzącej PO, która polega na dyskredytowaniu lidera opozycji na wszelkie sposoby, ma swoje pięć minut sławy – dla zwolenników PO i SLD lub pięć minut hańby – dla sympatyków PiS. Pierwsi zacierają ręce i ślinią się z zadowolenia, że będą mogli bezkarnie nazywać Kaczyńskiego szaleńcem i wariatem. Drudzy zgrzytają zębami, będąc przekonani, że tylko w państwie, gdzie władza staje się autokratyczna i dyktatorska, mógł wytworzyć się klimat, w którym sędzia sięga po taki instrument, nie mając dla niego żadnego racjonalnego uzasadnienia. Bo ta decyzja sędziego faktycznie przypomina czasy ZSRR, gdzie władza odwoływała się do psychiatrów, by zdyskredytować dysydentów, a sędziowie sami chętnie ich powoływali, by przypodobać się rządzącym towarzyszom.

Sowiecka psychiatria stanowiła ważny element państwowego aparatu ucisku, będąc instrumentem „ochrony” społeczeństwa, ustroju i władzy przed „wywrotowym elementem”. Przeciwnicy polityczni reżimu komunistycznego byli poddawani badaniom psychiatrycznym, a po stwierdzeniu „schizofrenii bezobjawowej” zamykani w szpitalach psychiatrycznych. Uznano, że w ZSRR mogą istnieć ludzie, którzy nie zgadzają się na komunizm i krytykują władzę, „ale u takich ludzi bez wątpienia stan psychiczny nie jest w normie”. Na badania psychiatryczne kierowano te jednostki, które uprawiały „antyradziecką agitację i propagandę”, a także „rozpowszechniały obelżywe wymysły, szkalujące radziecki ustrój”. Nie mieli szans opuszczenia szpitala psychiatrycznego ci dysydenci, w przypadku których lekarze uznali, że są „skłonni do czynów społecznie niebezpiecznych”. Słynny dysydent Władymir Bukowski przesiedział w sowieckim psychiatryku 12 lat.

Zatem psychiatria w służbie polityki ma bogate tradycje u naszych wschodnich sąsiadów i ekipa Tuska ma skąd czerpać wzorce. Także polscy sędziowie, którzy nie przeszli lustracji i dekomunizacji, doskonale pamiętają tamte czasy, gdy sądy służyły komunistycznej władzy, a władza w zamian za czynione usługi pomagała w awansowaniu najbardziej przymilnych i służalczych sędziów. Tak było w ZSRR i tak było w Polsce czasów PRL-u. Czy tak jest także teraz?

Do początku lat 90. XX wieku głównym „ideologiem” polskiej psychiatrii był prof. Tadeusz Bilikiewicz, który sformułował teorię, że jeśli człowiek nie chce wykonywać rozkazów wychodzących z klasy rządzącej (robotniczej) i buntuje się przeciwko władzy ludowej, to oznacza, że ma zaburzenia umysłowe, które w poważniejszych wypadkach wymagają leczenia psychiatrycznego. Ciekawe, czy sędzia, który nakazał przebadanie stanu zdrowia psychicznego Kaczyńskiego czytał książkę Bilikiewicza. Wydaje się bowiem, że wciąż pozostaje pod jej dyskretnym urokiem ku uciesze obecnej władzy, która chętnie nęka PiS-owską opozycję przy wykorzystaniu aparatu państwowego, by zapewnić sobie wieczne panowanie.

 

Artur Górski (PiS)