dr Artur Górski

Poseł na Sejm RP

Aleksander hr. Krukowiecki –Przeciwnik „półpanków” krakowskich

Wśród Podolaków było sporo zagorzałych, nieprzejednanych przeciwników Stańczyków. Do grona ich największych oponentów należał niewątpliwie poseł z drobnej własności Aleksander hr. Krukowiecki, który w swoich mowach i broszurach zawzięcie zwalczał „półpanków” krakowskich „z domieszką kilku karierowiczów chorujących na uczoność”. Zarzucał stronnictwu krakowskiemu, że walcząc o władzę i wpływy w Galicji „nie przebiera w środkach” i dba tylko o własne interesy, a nie myśli o interesach kraju i nie potrafi o nie skutecznie zabiegać. „O ile wiem – pisał w 1879 r. – oprócz kilku szumnie wypowiedzianych mówek za Ministerium, za uzbrojeniem nie wchodząc przeciwko komu to uzbrojenie ale bezwarunkowo, oprócz powiększenia z tego powodu ciężarów, nic krajowi nie przyszło prócz kilku nowych ekscelencji i kilku szambelanów. Wszystkie ustępstwa jakie krajowi wyjednano datują z czasu Gołuchowskiego.”

Aleksander hr. Krukowiecki herbu Pomian urodził się w 1825 r. Był właścicielem dóbr Aksmanice, Kłokowice i Sólca w pow. przemyskim. Od najmłodszych lat interesował się sprawami publicznymi i rolniczymi. Pod koniec lat 50. XIX w. znalazł się w Warszawie, gdzie związał się ze stronnictwem „białych”. Należał do Towarzystwa Rolniczego i pozostawał w orbicie wpływów Andrzeja hr. Zamoyskiego. Na jednym ze spotkań „białych”, dziewięć miesięcy przed wybuchem powstania, wyraził opinię, że nie da się go uniknąć, a gdy już wybuchnie, „bądź co bądź jak się krew poleje, wszyscy zacni ludzie muszą w nim wziąć udział mniejszy lub większy, chcąc czy nie chcąc”. Przewidywał także, iż w walkach „najpiękniejsza młodzież zginie marnie, a my panowie, my szlachta zapłacimy koszty tego powstania”.

Po wybuchu powstania styczniowego był zdecydowanym przeciwnikiem Ludwika Mierosławskiego, „czerwonego” dyktatora powstania. W pierwszych tygodniach walk na własny koszt zorganizował oddział liczący 400 dobrze uzbrojonych powstańców, który został włączony do zgrupowania płk. Aleksandra Taniewskiego. Oddział swój chrzest bojowy przeszedł w sierpniu 1863 r. pod Pieskową Skałą, gdzie doszło do zwycięskiego starcia z Rosjanami. Kolejne starcia – pod Glanowem i Imbramowicami były mniej szczęśliwe, choć Krukowiecki wykazał się dużym osobistym bohaterstwem. Po rozbiciu oddziału z niedobitkami przedarł się do Galicji. W grudniu dołączył do walczących oddziałów na Podlasiu, ale po przegranych starciach pod Ossową i Małą Bukową, w pierwszych dniach stycznia 1864 r. ponownie wrócił do Galicji. Niemal natychmiast zgłosił się do oddziału kpt. Edwarda Rylskiego, z którym wziął udział w bitwie pod Stawcami 21 stycznia 1864 r. Podczas tego starcia został ciężko ranny, co uniemożliwiło mu dalszy udział w powstaniu. Dla rekonwalescencji i w obawie przed aresztowaniem na kilka lat wyemigrował do Francji, gdzie kształcił się w szkole wojskowej.

W 1871 r. wrócił do Galicji i włączył się w działalność publiczną oraz gospodarczą. Został wybrany wiceprezesem rady powiatowej w Przemyślu, a w latach 1874-1880 pełnił funkcję członka Rady Nadzorczej Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych od Ognia „Florianka”. Zaangażował się w działalność Galicyjskiego Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego oraz został prezesem przemyskiego oddziału Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarskiego. W 1878 r. chwalił się przed Sejmem swoimi sukcesami w pracy Towarzystwa: „W przemyskim wzrosło ono z trzydziestu kilku na przeszło 200 członków. (…) Mamy przeszło 100 włościan w powiecie przemyskim, którzy po reńskiemu wkładają.”

W Sejmie galicyjskim zasiadał w latach 1876-1882. Został wybrany w okręgu Przemyśl i Niżankowce z kurii drobnej własności. Początkowo należał do Klubu Podolskiego, gdzie blisko współpracował z Antonim hr. Golejewskim, ale później zdecydował się na bycie posłem niezależnym w proteście przeciwko „solidarności niewolniczej” w Kole Polskim. Jako polityk był zdania, że „poseł powinien być w ciągłej łączności ze swymi Wyborcami, działać w myśli ich koniecznych potrzeb i słusznych wymagań zastosowanych harmonijnie do dobrobytu wszystkich warstw naszego narodu i rozwoju kraju moralnego, umysłowego i materialnego”.

W 1877 r. wszedł w skład komisji lustracyjnej, w której pracował także w kolejnych latach. W 1880 r. został wybrany zastępcą przewodniczącego komisji dla sprawy kredytu włościańskiego. Z kolei w 1882 r. był aktywnym członkiem komisji podatkowej.

W Sejmie głos zabierał często, nie rzadko wywołując polemiki i sprostowania. Oponenci sejmowi zarzucali mu zbytni temperament i nadmierną krewkość. Marszałek krajowy Ludwik Wodzicki zwrócił mu uwagę podczas jednej z debat, że „w każdej dyskusji miesza przedmioty innej dyskusji”.

W 1877 r. opowiedział się stanowczo przeciwko budowie gmachu sejmowego. Miał wątpliwości, czy kraj stać na budowę „monumentalnego budynku”. „Czy jest teraz pora odpowiednia, abyśmy w tej chwili, kiedy nie wiemy, co jutro się stanie, wydawali taką masę pieniędzy? Czy jest na to teraz pora, kiedy lud nasz tak ciężkie składa podatki, kiedy te dodatki tak wzrastają, że dochodzą do czwórnasób podatków?” – pytał. Proponował, aby zakupiony plac pod inwestycję sprzedać, „choćby ze stratą i abyśmy nie trwali na tej drodze”. Wskazywał, że nie od miejsca obrad zależy, czy będzie uchwalane dobre prawo. „Pytam się, czy rozkaz, który się rozchodzi z tych ubikacji po kraju, nie jest słuchany? Bo wszystko to jedno, czy rozkazujemy z monumentalnego gmachu czy z innego, jeżeli ten rozkaz jest logiczny i dąży do tego, co być powinno” – przekonywał. Gdy budowę nowej siedziby Sejmu rozpoczęto, domagał się precyzyjnego określenia wydatków i dokładnego rozliczania z wydawanych środków. „Gmach się buduje – mówił w 1878 r. – i zastanowić roboty ani bym żądał ani pragnął, jednakowoż chcę, ażeby rzecz jasno była przedstawioną: mamy tyle a tyle kapitału, a z corocznego dochodu krajowego mamy wydać tyle a tyle.” W 1880 r. zliczył wszystkie wydatki przeznaczone na inwestycję, aby wykazać ile rzeczywiście gmach sejmowy kosztuje i ile brakuje do jego wykończenia.

W 1878 r. sprzeciwił się wnioskowi w sprawie podwyższenia płac dla Marszałka krajowego i członków Wydziału Krajowego. Wyraził przekonanie, że gdy nędza w kraju i lud upada pod ciężarem egzekucji, sekwestracji i lichwy, nie jest rzeczą właściwą występować z takim wnioskiem. „Zastanówcie się nad tym panowie, co powie ten lud, który powierzył nam swoje interesy, i nie siermięgi, ale surdutowych wybrał – ten lud, o którym wyraził się dziś rano zastępca członka Wydziału Krajowego p. Kawczyński, że w jednej parze butów ojciec, matka i dzieci chodzą – a my mamy w takim położeniu podnosić pensje?” – pytał retorycznie. Na argument, że członkowie Wydziału Krajowego nie mogą utrzymać się z tej pensji jaką mają, przypomniał, jak wielu kandydatów ubiegało się o te nominacje. „Ci, którzy byli w Radzie Państwa poskładali nawet w tym celu mandaty, bo 3.000 złt. to jest duży pieniądz w czasie, gdy nie ma handlu papierami (…). Trzeba się umieć zastosować do dochodów i trzeba oszczędzać, a jeżeli przykładu oszczędności nie dacie na sobie, to nie będzie jej i na dole” – mówił. Nie przekonał go też argument, że marszałek musi mieć dodatkowe środki „na wystawę, na wieczory”. „Ja wolę – konkludował – aby takich wieczorów nie było, bo my chodzimy na wieczory, a nie mamy czasu pracować”.

Zaangażował się w kwestię regulacji Dniestru. W 1880 r. poparł wnioski komisji, aby Sejm krajowy upoważnił Wydział Krajowy „do użycia z funduszu krajowego kwoty 6000 zlt. na uzupełnienie studiów technicznych, potrzebnych do wypracowania ostatecznego projektu regulacji górnego Dniestru i jego dopływów”. Opowiedział się także za żądaniem, aby rząd przyczynił się w 2/3 częściach do regulacji Dniestru powyżej Żurawna. Wyraził przekonanie, że posłowie mają prawo żądać, aby państwo więcej łożyło na regulację rzek, niż to dotąd miało miejsce. „Sądzę – mówił – że Rząd ma obowiązek przyjść nam z pomocą, dlatego, że dla naszego kraju od 80 lat nic pod tym względem nie zrobiono. (…) Państwo ma w tym interes, bo tu idzie o regulację Dniestru, o 80.000 morgów, które potem będą przedmiotem opodatkowania.” Uważał, że sprawa regulacji Dniestru w części, gdzie rzeka nie jest spławna i najczęściej wylewa, jest to tak ważna sprawa dla kraju, „że kraj powinien znaleźć pieniądze, że może zrobić to nawet, gdyby Rząd nie przyszedł z pomocą”. Jednocześnie wyraził opinię, że kwestia regulacji rzek powinna zostać w monarchii zdecentralizowana, czyli całkowicie oddana krajowi. „Ja myślę, że jeżeli pod jakim względem decentralizacja jest ważna, to najważniejsza jest w sprawach regulacji rzek. Jak to jest prawdziwe, to dowód mamy w tym, że drogi, które budują się w zarządzie naszym, są daleko lepiej i taniej budowane, jak poprzednio” – mówił.

Rok później poparł projekt założenia banku krajowego. „Jest to niezaprzeczenie pewnym, że jest to najdostojniejsza sprawa, jaka kiedykolwiek weszła do Sejmu i mogąca wielki wpływ wywrzeć na przyszłość kraju” – mówił. Był przekonany, że instytucja ta „może wywrzeć zbawienny wpływ na kraj i na cały postęp nasz ekonomiczny”. Jednocześnie bardzo pochwalił „szerokość założenia” projektu, bo to oznacza, „że ogół, a nie jedna klasa społeczna będzie z niego korzystać”. Miał przy tym nadzieję, że to właśnie chłopi będą głównymi klientami banku. „Nie obawiam się – stwierdził – ażeby ta właśnie szerokość poglądu mogła zaszkodzić nam w umyśle włościan.” Zarazem był przekonany, że bank ten przyczyni się do rozwoju galicyjskiego przemysłu: „Skoro bank będzie utworzony i będzie dostarczał pożyczek o niskiej stopie procentowej, to z pewnością fabryki w kraju powstaną” i nie tylko powstaną, ale z powodzeniem będą konkurował z fabrykami z innych krajów. Zaapelował wreszcie, aby do zarządzania bankiem „w szerszej ojczyźnie” poszukać ludzi fachowych, a nie wybierać ich z grona posłów. Gdy rok później posłowie otrzymali listę trzynastu kandydatów do Rady Nadzorczej Banku Krajowego, Krukowiecki wykreślił dziesięciu.

Był przeciwnikiem wszelkich przywilejów, w tym wynikających z narodowości czy wyznania. W 1882 r. stwierdził, że „naród żydowski jest w Galicji uprzywilejowany i przeciwko temu ja się zwrócę”. Uprzywilejowanie Żydów widział w rabinach, którzy „nie podlegają żadnemu nadzorowi” i w „szkolnikach”. Negatywnie odniósł się do faktu, że edukacja dzieci żydowskich w szkołach elementarnych (chajderach) nie jest kontrolowana i nie wiadomo, czego te dzieci są nauczane, a od „nauczycieli chajderowych” nie wymaga się żadnego egzaminu, w przeciwieństwie do wymogów stawianych nauczycielom szkół publicznych. Ponadto Żydzi mogli zbierać datki i składki bez żadnej kontroli, a nawet bez konieczności uzyskania zezwolenia, gdy Polacy nawet wtedy, gdy chcieli zbierać składki na cele religijne, musieli uzyskać zezwolenie z Namiestnictwa. Krytykował także Żydów za lichwę, którą „wielką klęskę sprowadzili na kraj”.

Krukowiecki dostrzegał w Galicji ogromną plagę, którą jest lokajstwo i trzymanie się pańskiej klamki przez Żydów. „Żydzi jednak wybornie to przez całą jedną kastę umieją i zawsze tej klamki się trzymali, a w skutek tego nigdzie tyle nie znaczyli, co w Galicji. Oni doskonale tę rzecz umieją, dlatego tak wpływowe zajęli stanowisko” – mówił. Krytykował także podejście Żydów do innych nacji. „Kogo Żydzi uważają za bliźniego?” – pytał i sam odpowiadał: „Mnie się zdaje, że u Żydów bliźnim jest ten, kto jest Żydem, a wszyscy ci, którzy nie są Żydami, ci nie są ich bliźnimi i tym nie przypisują ani duszy, i tych nie uważają oni nawet za człowieka”. Zauważył, że w Europie coraz częściej różne stronnictwa krzyczą „precz z Żydami”. Jednocześnie zaznaczył, że „trzeba być wyrozumiałym i nie zaogniać tej kwestii” i należy unikać wszelkich antysemickich wybryków. Zadeklarował też, że nie ma zamiaru temu narodowi szkodzić „i owszem, wiele rzeczy możemy się od tego narodu nauczyć, a mianowicie wstrzemięźliwości, oszczędności, dobrego gospodarstwa”.

W czasie swego posłowania zasłynął z broszur politycznych, które były wymierzone w polityków krakowskich. Pierwsza ukazała się w 1878 r. we Lwowie pod tytułem: Aleksander Krukowiecki poseł na Sejm z mniejszej własności ziemi Przemyskiej do swoich wyborców. Zarzucał on Stańczykom, że mienią się przedstawicielami włościan, a żyją najczęściej i najwięcej z dala on nich w wielkim mieście, „nie trudniąc się sami swymi gospodarstwami – mając tylko styczność z ludem przez rządców, ekonomów, lokai lub furmanów”. Zatem nie znają prawdziwej doli ludu i szybciej nimi będą manipulować, niż ich wspierać. Zarzucał posłom stronnictwa krakowskiego, że wszystkich chcą pouczać. Wypominał profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego, że obnoszą się ze swoją uczonością, a w wielu przypadkach w komicjach okazali się dyletantami, „nie fachowymi, którzy w innych właściwszych swemu usposobieniu z pożytkiem dla kraju byliby mogli być pożyteczni”. Krytykował różne projekty ustaw wychodzące z partii krakowskiej, których oficjalnie nie można było krytykować i przeciw nim oponować, „bo referent krakowski z góry zapowiedział, że komisja z uczonych i fachowców cały projekt wypracowała”. „Szczęściem – konkludował – frakcja ta małą jest w Galicji, składa się z kilku tak zwanych półpanków krakowskich z domieszką kilku karierowiczów chorujących na uczoność, którzy trzymają się dla kariery klamek pańskich. (…) Partia ta na szczęście nie ma żadnego poparcia ani znaczenia w kraju”.

Rok później wydał we Lwowie broszurkę pt. Kila słów prawdy. W tym piśmie politycznym zarzucał partii krakowskiej, że zwalczając swoich przeciwników w Galicji gotowa jest nawet używać policji, „na którą mają wpływy”, pod pozorem, „że partia przeciwna, to jest Stańczycy lwowscy, mogą wywołać starcie uliczne”. Wewnętrzna polityka Stańczyków to „dusić przeciwników gdzie można, szarpać ich dobrą sławę i imię, prześladować gdzie można nazywając warchołami”. Natomiast frakcję stańczykowską działającą w Radzie Państwa ganił Krukowiecki za to, „iż nie stara się o korzyści dla naszego kraju, że popiera bezwzględnie i bezwarunkowo każdy rząd i ministerstwo przy władzy będące, boi się wyrazić ogólną opinię kraju o polityce zewnętrznej i wewnętrznej państwa”.

Krukowicki uważał, że obowiązkiem posłów ziemiańskich – a sam siebie nazywał „hreczkosiejem” – jest zasłaniać wieśniaków „od nadużyć, nie przeciążać powinnościami, z oględnością zarządzać funduszami, jakie od nich ściągamy w formie dodatków od podatków. Jednym słowem otoczyć ich powinniśmy prawdziwą ojcowską opieką”. Z tego właśnie powodu był przeciwny ratowaniu upadającego Banku Włościańskiego. W 1884 r. ogłosił we Lwowie broszurę pt. O banku włościańskim, w której przekonywał, że nie godzi się, aby ciężko pracujący, głównie ziemianie i wszelkiego rodzaju właściciele „płacili za tych kilku marnotrawców, zbytników i lichwiarzy”, którzy Bank doprowadzili do ruiny. Był zdania, że upadek tego „szwindlerskiego Banku” przyczyni się do umocnienia i podniesienia zdrowego kredytu, „bo ci co potracą na listach zastawnych tego Banku, nauczą się, że nie trzeba kupować papierów wysoko procentowych i dających jeszcze dywidendy. Każdemu bowiem myślącemu człowiekowi wiadomo, że instytucja mogąca tak wysoki płacić procent, nie może być uczciwie prowadzoną, ale opartą musi być z jednej strony na lichwie i wyzyskiwaniu, z drugiej na fałszywych bilansach, gdzie zysk wykazuje się większym i ogłasza iluzoryczny”. Jednocześnie poparł projekt powołania komitetu, który będzie „obmyślał środki postępowania z zadłużonymi włościanami, w celu ich ratunku od wywłaszczenia i nędzy w najkorzystniejszy sposób”. Gdy komitet ten powołano, został jego członkiem.

W broszurce tej Krukowiecki wyłożył swoje życiowe credo: „Dewizą moją: Sans peur et reproche. Moje życie było zawsze otwarte, czyste i nie goniące za efektem (…), a idee moje jakie były młodzieńcze, tak zostały mi nawet nad grobem, a te są bronić słabszego od nadużyć złego cielca i wyzyskiwania bogaczy, bronić naszego ludu od nędzy i wywłaszczenia. Moim zdaniem najlepszy to sposób zasłonienia ludzkości od przewrotów społecznych.”

Aleksander hr. Krukowiecki zmarł 20 lipca 1896 r. w Aksamanicach.

dr Artur Górski